scene-from-mad-max-fury-road_100474074_h

Mad Max: The Fury Road (reż. George Miller, 2015)

Skórzana zbroja (obowiązkowo bez jednego rękawa!), dwururka pod pachą no i przede wszystkim 8 cylindrów pod maską Interceptora wewnątrz którego częściej można zobaczyć piach niż benzynę. Do tego jeszcze wygląd będący skrzyżowaniem punka i kowboja. Dodajcie do tego jeszcze bagaż traumatycznych przeżyć z towarzyszącym poczuciem wolności i zmieszajcie to ze szczyptą nihilizmu. Tak. Max Rockatansky wrócił w tym roku na ekrany kin.

Dzięki reżyserowi Georgowi Millerowi doczekaliśmy się (po prawie trzydziestu latach!) czwartej części przygód Wojownika Szos: Mad Max. Na drodze gniewu, reż.: George Miller, 2015. Nowa część zbiera świetne recenzje, nie brakuje opinii, że to najlepszy film akcji od dekady. Cała seria cieszy się dzisiaj kultowym statusem. Warto jednak przypomnieć od czego się to wszystko zaczęło. A zaczęło się w szpitalu…

George Miller jako młody absolwent studiów medycznych, pracujący jako lekarz na oddziale ratowniczym szpitala w Sydney miał okazję już dość wcześnie być świadkiem tego jaki los czeka nieostrożnych kierowców, którzy tracą życie w makabryczny sposób na szosie. Już te wczesne doświadczenia miały się przydać w przyszłości za kamerą. Jednak ważniejszą pasją od medycyny okazała się miłość do kina. Wraz z przyszłym producentem, Mad Maxa Byronem Kennedym, Miller gromadził pieniądze w jednym celu – nakręcenia mocnej, brutalnej historii z samochodami w rolach głównych obok żywych aktorów.

PRZED APOKALIPSĄ

George Miller

George Miller – reżyser wszystkich części Mad Maxa (zdjęcie z kolekcji: National Portrait Gallery, Canberra)

Dystopia to z grubsza przeciwieństwo utopii. To czarna i pesymistyczna wizja przyszłości świata. Tak też wygląda świat w pierwszym Mad Maxie (1979). Wbrew powszechnej opinii, czas akcji pierwszej części nie jest po- ale przed Apokalipsą spowodowaną kryzysem gospodarczym. Mimo to nawet wówczas świat nie jest przyjaznym miejscem do życia. To kraina jałowych pustkowi, gdzie małe ludzkie miejscowości są terroryzowane przez gangi motocyklowe. Szczególnie wyróżnia się na tym polu gang Nocnych Jeźdźców dowodzony przez brutalnego Toecuttera (w tej roli Hugh Keays-Byrne), osobnika o aparycji bliższej orka niż człowieka. Gang morduje każdego, kto zostanie uznany za wroga. W końcu ofiarą pada żona i syn jednego z policjantów patrolujących bezdroża – Maxa Rockatanskyego (to jedna z pierwszych ról Mela Gibsona), pośrednio w odpowiedzi na uśmiercenie przez Maxa jednego ze swoich kompanów. Oznacza to nieuchronną konfrontację między bandytami a stróżem prawa.

„Najlepsze, co kiedykolwiek mi się zdarzyło, to pierwszy Mad Max, którego realizacja była pełna przeszkód i który miał bardzo niski budżet”.

Tak tworzenie pierwszej części wspomina George Miller. Dzisiaj krytycy filmowi i fani są zgodni w tym, że niski budżet raczej pomógł temu filmowi niż zaszkodził. Według informacji reżysera całość zamknęła się w granicach 350 – 400 tysięcy dolarów, co wówczas było sumą śmiesznie małą. Zamiast specjalnych efektów i nowych technik (takowe już zaczęły się pojawiać pod koniec lat 70.) Miller użył rzeczywistych modeli samochodów, które naprawdę ulegają spektakularnej destrukcji na oczach widza. Mając świadomość tego, że to co dzieje się na ekranie to nie cyfrowe grafiki i sztucznie wykreowane obrazy, Mad Max robi wrażenie do dnia dzisiejszego. Do samego kręcenia filmu użyto szerokokątnych obiektywów (wypożyczone od firmy reklamowej), dzięki czemu montaż Mad Maxa robił największe wrażenie w szerokiej sali kinowej a nie na małym telewizorze. Niski budżet zmusił też Millera do sięgnięcia po mniej znanych australijskich aktorów (podobno amerykańscy chcieli wynagrodzenia sięgającego równowartości budżetu). Większość członków gangu Nocnych Jeźdźców to prawdziwi członkowie ówczesnych australijskich gangów motocyklowych. Ale to głównie dzięki Mad Maxowi wypłynął mało wówczas znany Mel Gibson.

Plakaty wszystkich części. l-p: Mad Max, Mad Max II: The Road Warrior, Mad Max: Under the Thunderdome, Mad Max: Fury Road

Plakaty wszystkich części. l-p: Mad Max, Mad Max II: The Road Warrior, Mad Max: Beyond the Thunderdome, Mad Max: Fury Road

PO APOKALIPSIE

Pierwszy Mad Max do dziś zarobił ponad 100 milionów dolarów. Zachęcony sukcesem George Miller postanowił nakręcić drugą część zatytułowaną Mad Max II: Wojownik Szos (1981). Tym razem widz ląduje już w postapokaliptycznym świecie. Do katastrofy doprowadził kryzys gospodarczy spowodowany wyczerpaniem zasobów ropy naftowej, która w nowej rzeczywistości jest najbardziej poszukiwanym surowcem. Pustkowia z pierwszej części zamieniły się w regularne pustynie z pozostawionymi wrakami samochodów na zniszczonych drogach. Gangi przemieniły się w coś co bardziej przypomina religijne organizacje terrorystyczne prowadzące ekspansję terytorialną, mając na celu znalezienie jak najwięcej ropy. Gang dowodzony przez Lorda Hummungusa (granego przez szwedzkiego olimpijczyka w podnoszeniu ciężarów – Kjella Nillsona) bierze na cel małą osadę, która broni dostępu do dużych zasobów ropy. Przypadkowo do tej samej osady trafia główny bohater, który za pomoc w ucieczce z piekielnego miejsca chce odzyskać swój drogocenny samochód z taką ilością benzyny jaką tylko da radę unieść. Nie trzeba dodawać, że doprowadzi to do otwartej wojny osadników z oblegającą miasto hordą Hummungusa.

Druga część była jeszcze lepiej przyjęta przez krytykę niż debiut Millera (na serwisie rottentomatoes.com średnia ocen wynosi 98%!). Pomogła też zaistnieć Mad Maxowi w Stanach Zjednoczonych gdzie pierwsza część nie odniosła wielkiego sukcesu. Reżyser kręcąc drugą część dysponował znacznie większym budżetem (4,5 milionów dolarów), ale mimo to pozostał przy surowej formie najprostszych środków waląc widza, niczym pięścią z kastetem, jeszcze większą ilością kolizji, pościgów i scen walk ograniczając przy tym inne wątki do niezbędnego minimum. Obrazuje to sama postawa Maxa, który z kochającego męża i ojca z pierwszej części staje się aspołecznym nihilistą, którego dialogi sprowadzają się do krótkich, gburowatych uwag, cedzonych pod nosem.

W 1985 roku została wydana trzecia część Mad Maxa: Pod Kopułą Gromu (Mad Max: Beyond the Thunderdome). Tym razem nasz awanturnik wpakował się w starcie polityczne włodarzy metropolii Bartertown. Linia konfliktu przebiega między sprytną Aunt Entity (w tej roli Tina Turner!) i szefem wielkiego chlewu, produkującego energię z metanu dla całego miasta – Master-Blasterem. Pod względem fabuły scenariusz trochę odchodzi od akcji na rzecz wątków społeczno-religijnych, co trochę słabo się sprawdziło w tej stylistyce. Ostatecznie trójka zbierała słabsze recenzje od poprzednich części. Była też najbardziej „oszlifowana” ze wszystkich Mad Maxów co oznaczało większy budżet, bardziej wymyślną scenografię i muzykę ze świata popu. Szczególnie w tym ostatnim aspekcie – z trójki do dziś pamiętamy, lecący w radiu, przebój Tiny Turner – We Don’t Need Another Hero. Sam film posłużył też za bezpośrednią inspirację charakterystycznego teledysku 2paca – California Love. Jednak największą inspiracją, cała seria okazała się dla innej serii kultowych gier komputerowych – Fallout. Przykłady? Przypomnijcie sobie wygląd skórzanej kurtki w pierwszej części jak i wygląd ścigacza, który można sobie było złożyć w „dwójce”.

quihdtt1_noz3ff

NOWY POCZĄTEK?

7 maja 2015 r. otrzymaliśmy czwartą część przygód Szalonego Maxa. Za kamerą, na szczęście znowu zasiadł Miller, ale tym razem zamiast Mela Gibsona mamy Toma Hardy’ego (m.in. Helikopter w OgniuIncepcja), choć tutaj trzeba też dodać Charlize Theron w roli Imperator Furiosy, która odgrywa co najmniej tak samo ważną rolę. Powrócił też stary znajomy Hugh „Toecutter” Keays-Byrne znowu w roli głównego antagonisty – tym razem jako Odwieczny Joe, będący władcą totalitarnej Cytadeli. Dysponując jeszcze większym budżetem (bagatela 150 milionów dolarów) George Miller poszedł na całość i nakręcił film akcji w pełni tego słowa znaczeniu ponieważ, złośliwie rzecz ujmując, poza akcją nie ma tam niczego innego. Jeszcze bardziej złośliwie można streścić fabułę: przez 3/4 filmu mamy podróż z punktu A do B a pozostała jedna czwarta to powrót z B do A. Dla kogoś, kto nie trawi filmów akcji, nowy Mad Max będzie serią kaskaderskich wyczynów, katastrof, wybuchów i pościgów przez 120 minut, bez większej refleksji i poruszania wątków egzystencjalnych (choć da się wychwycić szczególnie wyeksponowany konflikt międzypłciowy).

Jednak nie po to nakręcono ten film. Fury Road ma walić widza jak grom i pozostawić po sobie tylko spaloną ziemię.

Dla fanów serii to jazda obowiązkowa ale każdy, kto chce odpocząć od „ambitnego kina” i dać się ponieść żywiołowi (prosto do Valhalli z chromem na ustach) też powinien sięgnąć po najnowsze dzieło Georga Millera. Mad Max: Fury Road definitywnie wybija się na tle obecnych filmów oferując czystą, szybką brutalną akcję, bez chwili na złapanie oddechu i bez zbędnych ozdobników. I jako taki jest absolutnie bezkonkurencyjny w swoim gatunku.

Wypada się tylko cieszyć, że George Miller ma już gotowe scenariusze do kolejnych dwóch filmów o przygodach Maxa.