Część pierwsza relacji do przeczytania tutaj.

III dzień (piątek 11 sierpnia)

Pogoda w piątek się nie zmieniła. Na szczęście niebo uraczyło wszystkich przerwą od ulewy, dzięki czemu mogliśmy cieszyć się występem Wolfheart stojąc podczas zaledwie mżawki. Jak na tą porę zespół zgromadził sporą publikę pod sceną i rozbujał ją chwytającymi oraz wpadającymi w ucho melodiami, oczywiście okraszonymi ciężkimi riffami. Ekipa Tuomasa pokazała, że zasłużenie jest wymieniana jednym tchem, pomiędzy czołowymi grupami, parającymi się melodyjnym death metalem. Z chęcią zobaczylibyśmy ich dłuższy występ. Zaraz po nich na scenie pojawili się Crowbar. Czyli czwórka grubych ludzi, którzy wypuszczali ze swych gitar tłuste riffy. Grupa posiadająca niemalże 30letnie doświadczenie, rozbujała zamokniętą publiczność dźwiękami z bagien Louisiany, dając świetny występ. Po Crowbarze przyszedł czas na Graveworm. Po cichu liczyliśmy na, według nas, najciekawsze utwory tej grupy, czyli na covery Losing my Religion, Fear of The Dark czy też I need a Hero. Niestety,  władcy kiczowatych gotyckich okładek albumów, nie zdecydowali się na zagranie chociażby jednego z nich. Zamiast tego zaprezentowali utwory z nowej płyty, utrzymane w stylistyce melodyjnego death metalu. 

W międzyczasie udało nam się wpaść na koncert wymiatającego Teethgrindera, ale z uwagi na ulewę ciężko było wytrzymać bez dachu nad głową dlatego wielu fanów zgromadziło się pod małą sceną. Szczególnie warto było tam być podczas koncertu Possessed – grupy uważanej za pionierów death metalu (od tytułu ich piosenki zaczęto tak nazywać cały nurt). Wokalista Jeff Beccera od lat daje koncerty na wózku inwalidzkim, ale w żadnym stopniu nie zmniejsza to dzikiej siły tej grupy która na żywo prezentuje się bardzo żywiołowo. Zaraz po nich, na małej scenie pojawili się Igorrr. Chaotyczna, elektroniczna muzyka została zagrana z dodatkiem żywej perkusji oraz dwójki świetnych wokalistów, operujących potężnym głosem i szeroką skalą. Był to zdecydowanie ciekawy koncert.

Sporą dawkę folkowego czadu mogliśmy usłyszeć od szwajcarskiej gwiazdy Eluveitie pod wodzą charyzmatycznego lidera Chrigela Glanzmana. Bez wątpienia był to jeden z bardziej melodyjnych koncertów na tegorocznej edycji z bardzo klarownym nagłośnieniem, w którym nie zaginął żaden pradawny instrument. Najmocniejszym punktem tego dnia był jednak występ Carcass. Grupa słynie z bardzo dobrych występów na żywo wypełnionych technicznym death-grindem ze sporą dawką rock’n’rolla. Nie zabrakło klasycznych numerów, ale grupa nieraz zamieszała w swoich piosenkach i tak np. Black Star po minucie przeszedł w Keep On Rotting in the Free World. W połączeniu z potężnym nagłośnieniem dało to jeden z lepszych koncertów na tegorocznej edycji.

Zupełnym zaskoczeniem była rosyjska Phurpa, prezentująca swój rytuał na Scenie Orientalnej. Przy tej grupie Wardruna wydaje się zupełnie normalnym, rockowym zespołem. Koncert grupy można określić jako długą mantrę, wypełnioną niskimi wokalami i odgłosami instrumentów, których nazw nawet nie znamy. Brawa dla Pana, który przez cały czas, kiedy byliśmy na koncercie, machał głową i rękoma w dół i w górę. Ciekawe, czy ktoś go uratował od tej medytacji. Definitywnie najdziwniejszy koncert na tegorocznej edycji.

IV dzień (sobota 12 sierpnia)

W ostatni dzień, dobrze zaprezentowali się Duńczycy z Artillery. To kolejny klasyczny zespół obok Metal Church (choć w mocno odświeżonym składzie od połowy lat 80.), który zagrał bardzo udany występ. Bez przerwy biegający z mikrofonem Michael, w końcu zszedł ze sceny i zaśpiewał przepychając się pod sceną przez tłum fanów. Dobry comeback zaliczył też Demolition Hammer, grający brutalną odmianę thrash metalu. Grupa od roku sieje zamęt po ponad 20 letniej przerwie i mimo wieku, energii tej grupie mogłaby pozazdrościć niejedna kapela złożona z dwudziestolatków. Inni weterani, choć z innej epoki, to heavy/industrialny Prong, który pod wodzą Tommy’ego Victora odnosił największe sukcesy w pierwszej połowie lat 90. Grupa zaprezentowała nam sporo hitów jak Whose Fist Is This Anyway? czy Broken Peace.

Polska załoga z Decapitated również dała solidny występ, choć niepozbawiony momentów grozy, kiedy Voggowi na moment padła gitara. Na szczęście szybko ją uruchomiono i występ trwał dalej. Grupa grała kawałki z nowej płyty Anticult jak Earth Scar, ale starsi fani mogli się nacieszyć Spheres of Madness. Znacznie więcej dramatu było na koncercie Tiamat, kolejnej grupy która miała grać swoją całą płytę – Wildhoney. Niepokojący był brak jakiejkolwiek scenografii, chociażby baneru grupy. Jak się miało okazać to był najmniejszy problem. Gdzieś tak na etapie Visionarie/Kaleidoscope wokalista Johan Edlund stwierdził, że nadszedł czas na bardzo dziwną „improwizację”, która była prawdziwą Sferą Szaleństwa, ku totalnej konsternacji publiczności. Definitywnie było to największe rozczarowanie festiwalu i zagrany na koniec Sleeping Beauty nie zmieniło tej oceny. Od razu było widać, że podczas występu najbardziej starali się klawiszowiec oraz gitarzysta. Zwłaszcza ten drugi miał okazję stać się jedyną gitarą w zespole, gdy Edlund rzucił swoim wiosłem o scenę (co po chwili uczynił również Ivers). Obydwaj próbowali wypełnić chwile dziwnej ciszy, improwizowanymi melodiami, co trzeba przyznać, dobrze im się udało.

Kiedy publiczność została na chwilę oślepiona błyskiem światła, oznaczało to, iż reflektory odbijają się od łysej głowy Devina Townsenda. On i reszta kapeli jak zwykle uraczyli nas perfekcyjnie odegranym setem, wyćwiczoną choreografią oraz dziwnym poczuciem humoru. Materiał był raczej przekrojowy, gdyż mogliśmy usłyszeć zarówno utwory z najnowszej płyty, takie jak Stormbending, jak i te wydane pod szyldem choćby DTB, jak Deadhead. Jednakże jednym z najmocniejszych punktów był występ Furii na małej scenie. Swój opętany show zaczęli od piosenki nomen omen Opętaniec, by płynnie przejść w najnowsze kompozycje Za ćmą, w dym czy Grzej. W połączeniu z oślepiającym oświetleniem grupa dała zapierający dech, godzinny występ.

Władcy black metalu jednak dopiero mieli nadejść. Mayhem (po raz kolejny już…) odegrali całą płytę De Mysteriis Dom Satanas z 1994 r. Norwegowie mieli bez wątpienia najlepszą oprawę sceniczną – posągi, ołtarze, mnisie habity, w które muzycy byli ubrani i wielkie obrazy Katedry w Trondheim za plecami muzyków tworzyły niesamowicie złowieszczy klimat. Na początku oprawa prezentowała miejsce przed Katedrą. W drugim „akcie” zostaliśmy zaproszeni muzycznie i wizualnie do środka owej Katedry, a na sam koniec mroczny biskup (?) w postaci wokalisty odprawiał swój rytuał nad ucharakteryzowanym ołtarzem. W pewnym momencie pomarańczowo/czerwone światła wraz z wypuszczonym dymem przypominały ogień. Skojarzenia nasuwają się same. W przeciwieństwie do Emperor czy Tiamat zespół nie wyszedł ponad materiał z płyty. Od Funeral Fog do kawałka tytułowego, po którym pozostał już tylko cmentarny kurz.

Występy na głównych scenach zamykał francuski Monolithe grający oczywiście idealną muzykę do posłuchania po czterech dniach zabawy, czyli funeral doom metal. Panowie zagrali interesujący klimatyczny występ, podczas którego stopniowo ubywało wymęczonej publiczności.

Tegoroczny Brutal Assault był zorganizowany niemalże idealnie. Trzeba przyznać, że line up również był świetny, a dobrej zabawy nie zdołała popsuć nawet kapryśna pogoda. Z pewnością pochwalić należy nagłośnieniowców, którzy nie zaliczyli chyba żadnej wtopy, co podczas poprzednich edycji było standardem. Mamy tylko nadzieję, że organizatorzy zachęceni wyjątkowo dobrą sprzedażą biletów, nie zdecydują się na wpuszczenie w przyszłym roku większej ilości fanów. Przy aktualnej frekwencji było dobrze, jednakże mamy wrażenie, iż choć mury Josefov pomieszczą jeszcze sporo osób, z pewnością tłum przeszkadzałby w dobrym odbiorze imprezy. Na pochwałę zasługuje również przywrócenie strefy koncertowej do stanu używalności, po wichurze która zerwała się podczas występu Sacred Reich. Poślizg w występach był naprawdę minimalny. Za nami kolejna udana edycja tego świetnego czeskiego festiwalu. Do zobaczenia za rok!

Zrelacjonowali rafnir, jimmy, vjakvino