Za nami kolejna edycja festiwalu Brutal Assault. Cztery dni przepełnione świetną muzyką, które zapadną nam w pamięć również ze względu na sztorm, który przeszedł nad twierdzą Josefov.

I dzień (środa 9 sierpnia)

Nieoficjalnie, festiwal rozpoczął się już we wtorek, ze względu na before party, na którym wystąpiły lokalne zespoły. Oficjalna część rozpoczęła się jednak w środę. Jak co roku, witają nas te same bramki z dwugłowym orłem. Pierwszym zespołem, na którego występ się wybraliśmy, był The Lurking Fear, czyli projekt muzyków m.in. z At The Gates, zainspirowani prozą H.P. Lovecrafta. Panowie prą naprzód konkretnie i szybko, nie skupiając się na klimacie, ani melodiach, przez co ich występ nie został nam na długo w pamięci. Zaraz po nich, na scenie pojawili się świetnie ubrani muzycy z Fleshgod Apocalypse. Skupili się oni głównie na nowym materiale, prezentując bardzo przyzwoite show, zaśpiewane na cztery głosy, pełne świetnej perkusji, czy solówek gitarowych. Tego dnia, na głównej scenie zaprezentowali się amerykanie z Madball. W pamięć zapadł nam przede wszystkim niesamowicie energiczny wokalista Freddie, który bez przerwy skakał, miotał się i biegał po scenie, starając się rozbujać publiczność. Zaraz po nich pojawili się heavymetalowcy z Metal Church, którzy zagrali swoje piosenki bezbłędnie, a Mike Howe udowodnił, że mimo pięćdziesiątki na karku, nadal ma głos jak dzwon i potrafi poderwać publikę. Był to naprawdę świetny występ. Po nich, na scenę wyszli The Dillinger Escape Plan, którzy zapowiadali, że to ich ostatnia trasa koncertowa. Z pewnością pochwalić trzeba gitarzystę i założyciela zespołu, Bena Weinmana, za kondycję i zdolność utrzymania równowagi i rytmu, podczas grania w najdziwniejszych pozycjach 🙂 Niestety, nie jest to nasz typ muzyki, dlatego pozostawimy go do oceny innym.

Sami zaś rozpiszemy się nieco na temat czeskich klasyków black metalu, czyli Master’s Hammer. Na panów trzeba spojrzeć oczywiście z pewnym przymrużeniem oka, ponieważ ciężko brać na poważnie wokalistę wyglądającego jak Freddy Krueger, pana z nadwagą od niechcenia uderzającego w bębny czy dwie panie ubrane jedynie w majtki, taśmę klejącą oraz maski kozy. Szkoda, że wokalista zrezygnował ze zwracania się do publiczności po angielsku, ponieważ czeskiego nie znamy, ale na pewno warto pochwalić ich za przygotowanie. Masa rekwizytów, efekty pirotechniczne i przede wszystkim świetny i profesjonalny występ, sprawiły, iż jest to zespół, który z pewnością chcielibyśmy jeszcze zobaczyć.

Środowe występy na dużych scenach zamykali nasi rodacy z Batushka. Był to zdecydowanie jeden z ciekawszych koncertów, który mimo, iż mógł być lepiej nagłośniony (co tyczyło się przede wszystkim gitar) z pewnością zapamiętamy ze względu na, jak zwykle, świetne rekwizyty oraz mistrzowskie wykonanie utworów. Godna uwagi była przede wszystkim niesamowita gra perkusisty, który uderzał w werbel szybciej, niż był to w stanie wyświetlać telebim, a także świetnie brzmiące na żywo chórki, wspomagające wokalnie Barta, yyy to znaczy Варфоломей. Na dzisiaj starczyło nam już wrażeń, więc postanowiliśmy pójść zbierać siły na kolejny dzień, który wg prognoz, miał być dniem burzy.

II dzień (czwartek 10 sierpnia)

Ale nie był. Czwartek był cieplutki. To właśnie tego dnia mieliśmy okazję porozmawiać chwilę z The Great Old Ones. Wynik tej rozmowy możecie przeczytać tutaj. Dlatego też występ francuzów był dla nas równie obligatoryjny, co dla nich picie wina. Przyznajemy, że na żywo wypadają oni naprawdę świetnie. Nawet mimo mnóstwa pogłosów dochodzących z trzech gitar, dwóch wokalistów i pędzącej perkusji, występ nie zamienił się w ścianę dźwięku. Szkoda tylko, że bez klawiszy i sampli znanych z nagrań studujnych, znika mroczna i tajemnicza otoczka. Nieco brakowało nam lovecraftowskiego klimatu. Ważne jednak, że to co zostaje na żywo, to świetny i dziki black metal. Po przemieszczeniu się z małej sceny pod dużą, przywitały nas blasty i growle dobywające się z trzech gardeł. Oznacza to, że na scenę weszli Nile. I trzeba przyznać, że po roszadach w składzie, amerykanie mają naprawdę silną drużynę. Brian Kingsland absolutnie niczym nie ustępuje Dallasowi, oferując świetne partie wokalne i gitarowe. Zresztą to, że panowie są zgrani widać po ich uśmiechach i zachowaniu na scenie oraz komunikacji Parris-Sanders, którzy pomimo trzydziestu lat różnicy, świetnie się dogadują.

W nowocześniejszym klimacie zagrał Samael. Szwajcarska załoga zaczynała swoją karierę jeszcze w latach 80. od surowego i prymitywnego black metalu, aby gdzieś na etapie płyty Passage skręcić w kierunku industrialnego metalu z klawiszami i programowanymi bębnami. Grupa zaczęła takimi hitami jak The Shining Kingdom, po którym płynnie przeszła w Rain, gdzie niestety trochę rozjechał się refren. Z Passage usłyszeliśmy jeszcze The Ones Who Came Before, w którym koncert na moment zmienił się w… dyskotekę z pulsującymi beatami.

I przyszedł czas na występ po którym nie spodziewaliśmy się wiele, a w naszym odczuciu okazał się z jednym z lepszych występów tego festiwalu. Hatebreed weszli na scenę i pozamiatali, gromadząc na placu chyba najwięcej publiki ze wszystkich wykonawców oraz rozkręcając co najmniej trzy niezależne od siebie mosh pity. Swoją drogą dosyć ciekawie wyglądało to, jak kolejne osoby z każdym utworem co raz bardziej się bujają, podskakują, aż w końcu rozkręcają nowy młyn, do którego dołączają kolejni. Jamey Jasta i ekipa potrafią rozkręcać imprezy i skracać dystans pomiędzy zespołem a publicznością (w jednym momencie Jamey zauważył, że ktoś w mosh picie się przewrócił i poprosił ludzi, aby pomogli mu wstać). Po tym występie zrozumieliśmy, iż Hatebreed zasłużenie otrzymali tytuł headlinera tego dnia, gdyż udowodnili, że jeżeli chodzi o koncerty, są jedną lepszych ekip na świecie, nie tylko ze świata hc.

Po nich zaś przyszedł czas na najważniejszy koncert tegorocznej edycji Brutal Assault, ponieważ na scenie pojawił się hipster w jajogniotach i reszta zespołu Emperor.  Panowie wyszli na scenę jak na próbę i zagrali perfekcyjne muzycznie show. Szkoda jedynie, że na kontakt z publicznością przyszedł czas dopiero po zagraniu całego seta z Anthemns to the Welkin at Dusk. Koncert zakończył się jak zwykle utworem Inno a Satana, po którym Ihsahn grzecznie pożegnał się tłumem i zszedł ze sceny. Dostaliśmy więc świetnie zagrane piosenki, których słuchaliśmy z zapartym tchem, chłonąc każdą nutę, a jednocześnie po koncercie pozostał pewien niedosyt. I jestem pewien, że dla wielu osób, samo, nawet najlepsze odegranie piosenek, to za mało aby stworzyć idealne show. No ale trzeba przyznać, że z pewnością wybierzemy się jeszcze na występ Norwegów.

Występ Szwedów z Opeth należy zaliczyć do bardzo udanych, wokalista Mikael Åkerfeldt był w bardzo dobrej formie wokalnej, a starsi fani mogli posłuchać kilku klasyków jak Ghost of Perdition czy Deliverance. Burza, która zaczęła się w trakcie koncertu Opeth zaczęła nabierać rozmiarów nawałnicy. Razem z innymi schowaliśmy się pod małą sceną przez co niestety ominął nas koncert Rotting Christ, ale udało się zobaczyć występ Czechów z Six Deegrees of Separation, która łączy wyrafinowane partie gitarowe z dość dziwnymi (bardziej punkowymi) wokalami basisty Radka Zabojnika. Ostatni tego dnia, w środku nocy na scenie wyłonili się niczym spod powierzchni morza Irlandcy doom-metalowcy z Mourning Beloveth. Grupa tworzy w bardzo niskim brzmieniu powolne walcowate kompozycje, rozpisane na dwóch wokalistów – Darrena Moora i Franka Brennana. Ciężkim i ponurym występem irlandzkiej załogi zakończyliśmy w strugach deszczu czwartkowe koncerty.