Wróciliśmy właśnie z twierdzy Josefov, gdzie odbyła się dwudziesta trzecia festiwalu Brutal Assault. Jak zwykle świetnie się bawiliśmy, a w międzyczasie, przygotowaliśmy dla Was fotorelację.

Festiwal odbył się w dniach 7-11 sierpnia w czeskim Jaromierzu. We wtorek rozpoczęło się warm-up party, którego gwiazdą byli amerykanie z Suicidal Tendencies.

I dzień

W środę zaś przyszedł czas na właściwy, pierwszy dzień festiwalu. Temperatura przekraczała 30 stopni Celsjusza, co w połączeniu z wysoką frekwencją znacząco utrudniało chodzenie na koncerty. Z ważnych punktów z pewnością warto było się wybrać, na dość nietypowy na tym wydarzeniu występ w wykonaniu Finów ze Steve N’ Seagulls, którzy zaprezentowali własne aranżacje rockowych i metalowych hitów zagranych na instrumentach typowych dla stylu bluegrass czy country. Tego dnia wystąpili również Meksykanie z grindowego Brujeria, a także Amerykanie z Helmet. O zachodzie słońca, na scenę wyszli zaś Cannibal Corpse, dając świetny koncert, podczas którego nie zabrakło oczywiście legendarnego utworu Hammer Smashed Face oraz żartów Corpsegrindera. Naprawdę porządny kawał death metalu. Najdłuższy występ tego dnia przypadł francuskiemu składowi Gojira, którzy poza świetnym przygotowaniem muzycznym, przygotowali również niesamowite wizualizacje oraz grę świateł. Dzięki temu ich występ możemy zaliczyć do najciekawszych wydarzeń tego festiwalu. Niestety, nieco gorzej przygotowani przyszli Paradise Lost, a problemy z nagłośnieniem odbierały całą radość ze słuchania ich muzyki. Na szczęście dzień zakończył się świetnym występem węgierskiego Tormentor, na wokalu wystąpił tam Attila Csihar, który po rozpadzie Tormentora dał się poznać szerszej publiczności jako frontman Mayhem. Klasyczny ekstremalny metal, czerpiący zarówno z thrash, death i black metalu to z pewnością drugi najlepszy koncert tego dnia.

Steve N’ Seagulls

Steve N’ Seagulls

II dzień

Czwartek okazał się równie upalny co środa. Chcąc więc mieć siłę na obejrzenie jak największej ilości występów, skupiliśmy się na chłodzeniu czeskim piwem w cieniu drzew i smakowaniu smażonego sera. Dlatego pierwszym występem na jaki się wybraliśmy był koncert Mortiisa, wykonującego mroczną muzykę elektroniczną.

Szczerze mówiąc spodziewaliśmy się czegoś więcej, niż samotnego trolla z keyboardem.

Jednakże nie można było odmówić Mortiisowi stworzenia charakterystycznej atmosfery, dzięki muzyce z początków jego kariery.

Mała scena

Mortiis

Widoczny powyżej namiot, wzniesiony został na małą sceną dając jednocześnie ochronę przed słońcem i deszczem oraz tworząc wewnątrz niesamowity, jak na namiot, zaduch. Przemieszczając się spod małej pod dużą scenę, postanowiliśmy wstąpić do nowo odkopanego fragmentu twierdzy, oznaczonego jako Bastion X. Znajdowała się tam galeria sztuki, wystawa zinów oraz bar.

 

Nie mamy pojęcia kto to jest, jeżeli macie jakąś wskazówkę, dajcie nam znać 🙂

Udaliśmy się więc pod dużą, gdzie występowali Norwegowie z Green Carnation. Panowie zaprezentowali naprawdę dobry kawał progresywnego rocka, a ich występ z pewnością można zaliczyć do udanych. W czasie koncertu na murach, nie po raz pierwszy zresztą, przechadzały się symbole wydarzenia, czyli Nazgule.

Green Carnation

Kolejnym świetnym występem był koncert doomowego Pallbearer. Trzeba przyznać, iż Amerykanie naprawdę wiedzą o co w tej muzyce chodzi i potrafią stworzyć smutny i przytłaczający klimat pełen pięknych melodii. O zmierzchu przyszedł czas na występ Myrkur. Każdy kto zaznajomił się już z twórczością Amalie Brunn, wie, iż jest to muzyka pełna wpadających w ucho dźwięków. Na koncercie udało się muzykom nie tylko świetnie zagrać swoje utwory, ale również stworzyć bardzo specyficzną atmosferę, dzięki czemu długo zapamiętamy ten koncert. Zresztą nie tylko dzięki temu. Po około 30 minutach występu, w całym mieście zgasł prąd, co niestety skończyło się kilkominutową przerwą, po której nie udało przywrócić się do życia niektórych punktów festiwalu, w tym sceny orientalnej, gdyż organizatorzy musieli ograniczyć zużycie prądu do minimum. Na szczęście udało się uporać z usterką, a Myrkur wrócili do grania. Niestety w połowie piosenki okazało się, iż krzaki na jednym z murów stanęły w płomieniach, przez co koncert trzeba było zakończyć, a na miejsce wjechała straż pożarna, która uporała się z ogniem. Niestety Myrkur już nie wrócili na scenę. A szkoda, gdyż naszym zdaniem było to kolejny najjaśniejszy punkt podczas tegorocznej edycji. Rzutem na taśmę, do programu wskoczył portugalski zespół Moonspell, który zastąpił Pain. Dali oni poprawny koncert złożony z materiału z dwóch pierwszych płyt. Około godziny 23, na scenie pojawili się Słoweni z zespołu Laibach, dając koncert co do którego zdania były mocno podzielone. O ile pierwsze utwory nie porwały jeszcze publiczności przyzwyczajonej do zupełnie innej muzyki, tak już z każdą piosenką było co raz lepiej. Naszym zdaniem zespół dobrze dobrał repertuar i odnalazł na metalowym festiwalu, dając jeden z lepszych występów w tym roku. Zmęczeni piwem, upałami i smażonym serem, uznaliśmy że na dziś nam już starczy.

III dzień

Piątkowa pogoda była dla nas nieco łaskawsza. Dlatego po uzupełnieniu płynów, byliśmy w stanie wybrać się na koncerty już o 15. Dość standardowo wypadli naszym zdaniem Harakiri For The Sky, serwując słuchaczom dawkę post-blackowego grania. O wiele bardziej przypadł nam do gustu występ rodzimego Hate, którzy grali rasowy death metal pełen blastów i świetnych solówek. Następnie przyszedł czas na dość dziwny punkt programu, a konkretnie występ Hentai Corporation. 

Muzykę Czechów ciężko jednoznacznie zaklasyfikować, lecz równie ciężko zapomnieć.

Wokalista spytał na początku koncertów ilu Polaków jest pod sceną, jednakże po dość słabym odzewie ze strony publiczności, postanowił resztę żartów opowiadać po czesku. Wokalista co piosenkę zdejmował z siebie jakąś część odzieży, a zespół co chwilę pił na scenie jakiś alkohol. Zresztą przywieźli go tyle, że starczyło również dla publiczności, której kubeczki z tajemniczą zawartością, frontman rozdał fanom stojącym przy barierkach. Dla ostatniego chętnego niestety zabrakło, więc dostał prosto z tacy to co się ulało. Dziwny, aczkolwiek ciekawy był to występ.

Hentai Corporation

Harakiri For The Sy

Natural Stand

Zdecydowanie wartym zobaczenia koncertem, był występ pionierów gatunku, znanego jako melodic death metal. At The Gates zagrali godzinny set, złożony zarówno z najnowszego jak i nieco starszego materiału. Po nich na scenę weszli Ministry, prezentując dość kontrowersyjne show pełne politycznych agitacji, mające przyciągnąć uwagę słuchaczy przy niezbyt rozbudowanych i raczej monotonne kompozycjach. Występ Behemotha, który razem z Ministry pełnił rolę headlinera, zdecydowaliśmy się opuścić, aby zobaczyć koncert jedynej folk-metalowej kapeli tej edycji, czyli irlandzkiego Cruachan. Naprawdę dobry kontakt z publicznością i ciekawe kompozycje, sprawiły iż ich występ można zaliczyć do jak najbardziej udanych. Około północy, na scenie orientalnej, miał odbyć się przesunięty z czwartku występ formacji Obscure Sphinx, która miała zaprezentować specjalny ambientowy set. Zdecydowanie brawa należą się za pomysł i próbę zjednania sobie Brutalowej publiczności tym dość nietypowym występem. Jednakże niemalże półgodzinne opóźnienie, sprawiło, że nie mogliśmy ani nie chcieliśmy zostać pod orientalna sceną dłużej, bo na głównej już grali Carpathian Forest. Ta dość nietypowa mieszanka black metalu i rock n’ rolla z pewnością była warta zobaczenia na żywo.

Zwłaszcza, iż Nattefrost, frontman zespołu, niezbyt panował nad swoim głosem, ruchami oraz równowagą. Nie chcemy wnikać, co było przyczyną takiego stanu rzeczy, choć swoje przypuszczenia mamy.

Warto jednak pamiętać, iż w przypadku innych zespołów mogło by się to skończyć kompletną klapą. Zaś dla Carpathian Forest, było jak najbardziej w granicach ich stylu. Pomimo wielkich chęci, również byliśmy w podobnym stanie, więc odpuściliśmy sobie kolejne koncerty i udaliśmy na spoczynek.

Cruachan

Carpathian Forest

IV dzień

Sobotę rozpoczęliśmy od występu Anglików, z reaktywowanego Akercocke. Panowie odpuścili już sobie image angielskich gentlemanów i wyszli na scenę w koszulkach. Nawet w taką pogodę bardzo dobrze słuchało się świetnej gry na perkusji Graya oraz potężnego growlu Mendoncy. Zresztą najlepiej chyba bawił się Loynes, odpowiedzialny za sample, który momentami sprawiał wrażenie jakby odpłynął do swojego świata. Niestety nie obyło się od potknięć gitarowych i wypadania z rytmu, jednakże zdecydowanie najbladziej wypadł czysty wokal lidera.

Akercocke

Kolejnym świetnym punktem programu był występ niezawodnej szwedzkiej formacji Unleashed. Solidna porcja death metalu z niesamowitą grą gitary solowej z pewnością wielu osobom zapadła w pamięć. Zresztą frekwencja pod sceną udowadniała, iż z pewnością nie jest to zespół, który powinien występować tak wcześnie. Następnie wybraliśmy się na występ szwajcarskiej legendy thrashu, czyli Messiah. Szybko jednak okazało się, że pomiędzy reaktywacją a tym koncertem, zagrano zdecydowanie za mało prób, a gitarzysta zdawał się ignorować rytm nadawany przez perkusję grając raz szybciej raz wolniej, mimo zirytowanych spojrzeń wokalisty. To jest akurat jeden z tych koncertów, który nie powinien się odbyć.

Unleashed

Otwarta scena

Świątynia Lemmy’ego

Dość ciekawą perełką, okazał się występ formacji Goblin, wskrzeszonej przez Claudio Simonettiego. Zespół kojarzony zapewne publiczności jako autorzy muzyki do horroru Suspiria zaprezentował sporą porcję instrumentalnego, psychodelicznego rocka, którego naprawdę dobrze się słuchało. Duet gitarowo basowy skutecznie ściągał na siebie uwagę, podczas gdy Claudio pracował, skacząc pomiędzy przywiezionym sprzętem. Niedługo później przyszedł czas na headlinerów ostatniego dnia festiwalu. Gdy na scenę wyszedł Danzig, nikt jeszcze nie wiedział czego się spodziewać, jednakże już po chwili było wiadomo, iż czeka nas świetne i energiczne show. Danzig ma dziwną manierę zabierania mikrofonu od ust, zanim dokończy linijkę piosenki, jednakże dwoił się i troił, przez co trzeba przyznać, iż jest to jeden z bardziej skocznych sześćdziesięciolatków, jakich widzieliśmy. I mimo iż wokal naprawdę dawał radę, skokom i bieganiu z jednego końca sceny na drugi nie było końca, to gdy pomiędzy piosenkami lider nawiązywał kontakt z publiką było słychać, iż kondycyjnie jest to dla niego duże wyzwanie. Mimo to na koniec, po pożegnaniu się publicznością, Glenowi udało się wykrzesać jeszcze siły na nielegalny bis. Koncert, który z pewnością trzeba było zobaczyć, aby samemu sobie wyrobić zdanie.

Goblin

Nieco później przyszedł czas na najlepszy w naszym odczuciu występ tegorocznej edycji. Na scenie zaczęły pojawiać się ludowe instrumenty oraz sam Einar Selvik, lider formacji Wardruna. Już w trakcie pierwszego utworu, ekipie udało się zahipnotyzować publiczność swoją muzyką. Zwłaszcza wokal Einara był najmocniejszym punktem tej norweskiej grupy. Poza tym klimat, jaki grupie udało się stworzyć podczas odgrywania repertuaru, na pewno na długo zostanie nam w pamięci. Zdecydowanie był to jeden z lepszych koncertów festiwalu ze względu na perfekcyjnie nagłośnienie i wykonanie oraz starannie dobrany repertuar. Warto dodać, iż muzyka nie została odegrana jedynie na instrumentach ludowych, lecz wspomagano się samplami. O ile mogło by to razić przy kameralnym koncercie, na dużej scenie okazało się niezbędne. Cały zespół przez godzinę stał nieruchomo, sprawiając wrażenie brania udziału w pradawnym rytuale. Tym razem headliner przeprosił publiczność i powiedział, że nie może sobie pozwolić na bisy. Dlatego podreptaliśmy pod drugą dużą scenę, gdzie rozkładał się wykonawca, który obrał sobie zupełnie inny styl, czyli James Kent, znany jako Perturbator. Tym razem wystąpił w duecie z perkusistą, którego wkładu w muzykę raczej nie było słychać, za to skutecznie dzielił uwagę widowni pomiędzy siebie a Jamesa. Występy wykonawców muzyki elektronicznej ciężko oceniać pod kątem wykonania. Jak to Danzig powiedział „Jesteśmy prawdziwym zespołem, który gra na prawdziwych instrumentach”, a dla takich zespołów bardzo wiele elementów składa się na udany występ. W przypadku Perturbatora, albo się uda albo nie. A tutaj z pewnością się udało. Tradycją festiwalową stało się, iż dużą scenę zamyka zespół z nurtu funeral doom metal. Tegoroczna edycja nie było wyjątkiem, a zaszczyt ten po raz kolejny przypadł kapeli Esoteric. Niestety ze względu na zmęczenie publiczności, zespół nie mógł liczyć na wysoką frekwencję pod sceną. Koncert był zdecydowanie poprawny, choć niestety nie zdołał utrzymać naszej uwagi do końca. Tym oto sposobem zakończyliśmy naszą przygodą na dwudziestej trzeciej edycji Brutal Assault.

Wardruna

Na koniec przydałoby się parę słów podsumowania tych kilku dni przepełnionych muzyką. Kolejna edycja festiwalu była zdecydowanie udana i pomimo problemów z prądem i kilku poślizgnięć dźwiękowców, odbyło się bez żadnej większej wpadki. No i nie zapominajmy, że pomimo wywieszonych na polu namiotowym informacji, iż w czasie festiwalu obowiązuje

„Zakaz uruchamiania pożaru”

, samym organizatorom udało się go uruchomić na murach twierdzy, na czym ucierpiał występ Myrkur. Festiwalowy asortyment był lepszy niż w roku ubiegłym, a kolejki w barze na tylko krótkie, iż czekanie na piwo nie wiązało się utratą koncertu. Zaplecze sanitarne również nie było tragiczne. Skład w tym roku był naprawdę świetny, a naszym zdaniem najlepsze występy należały do zespołów Wardruna, Gojira Laibach. Na specjalne wyróżnienie z pewnością zasługują też Tormentor, Unleashed, Steve N’ Seagulls, Hentai Corporation i Goblin. Wszystkich ich długo nie zapomnimy i czekamy na kolejną edycję Brutal Assault. A na niej zostały już zapowiedziane pierwsze zespoły, czyli Anaal Nathrakh, A Pale Horse Named Death, Gutalax, Meshuggah, Testament i Napalm Death.