Od czasu premiery VII części Gwiezdnych Wojen minęło już trochę czasu i najwyższy czas zabrać się do spisania pierwszych przemyśleń. Na wypadek, gdyby któryś z czytelników jeszcze nie zobaczył filmu, dzisiaj przedstawiamy na Miejscu Mocy recenzję bez spoilerów (bez zdradzania szczegółów odnośnie fabuły), ograniczoną tylko do naszych reakcji odnośnie nowego dzieła z cyklu „Dawno temu w odległej galaktyce…”. Natomiast recenzji ze spoilerami można się niedługo spodziewać na naszej stronie.

Z jednej strony oczekiwania były wysokie, w końcu to jednak Gwiezdne Wojny i zarazem absolutny mus dla każdego maniaka science-fiction. Z drugiej strony, mając w pamięci rozczarowanie jakim był epizod z numerkiem I, gdzieś z tyłu głowy tliła się myśl, że teraz może być podobnie…

Na szczęście, od razu można to powiedzieć (i tu redakcja była raczej zgodna), że Przebudzenie Mocy jest znacznie lepsze od każdej z trzech pierwszych części (prequeli czyli – Mrocznego Widma, Ataku Klonów i Zemsty Sithów). Już pierwsze dwie minuty filmu wgniatają w fotel i zdecydowanie oddalają perspektywę obcowania z Mrocznym Widmem 2.0. W tych dwóch minutach Ciemna Strona Mocy (w nowym/starym wydaniu) wyraźnie daje znać widzowi, że nie da sobie w kaszę dmuchać i nie będzie żadnego brania jeńców.

przebudzenie mocy star wars

Co jeszcze nam się podobało w filmie? Zdecydowanie można powiedzieć, że walki gwiezdnych myśliwców i innych statków kosmicznych są jednymi z najlepszych (jeśli nie najlepsze) w całej serii. Jednocześnie trzeba pochwalić twórców, że nie przegięli z CGI i nie odczuwa się takiego zalewu efektów komputerowych jak się wcześniej zdarzało (szczególnie prequele cierpiały na taką przypadłość). Pustynia naprawdę przypomina morze wydm z suchym piaskiem, ośnieżony las naprawdę wygląda jak tundra na Syberii, modele statków naprawdę przypominają potężne choć już nadgryzione zębem czasu maszyny.

Druga sprawa to bohaterowie. Wracają postacie z poprzedniej trylogii. Dla fanów oryginalnej trylogii – bomba! Tym bardziej, że aktorzy – weterani świetnie czują się w swoich rolach i oglądając widzi się, że granie tych postaci sprawia im przyjemność. Dodatkowo wprawne oko fana oryginalnej trylogii wychwyci wiele „smaczków” – mrugnięć okiem w kierunku wyjadaczy, którzy znają Nową Nadzieję sekunda po sekundzie. Na szczęście nie jest też tak, że nawiązania do epizodów IV – VI zdominowały film. Wszystko jest zachowane w bardzo dobrych proporcjach, uwzględniając, że mamy do czynienia z nową odsłoną znanej wszystkim fabuły. No właśnie, pozostali, nowi bohaterowie nie pozostają w tyle (może z jednym wyjątkiem, ale o tym w następnej recenzji). Na pierwszy rzut oka widzowi może być trudno się z nimi – od pierwszych sekund – utożsamiać, ale z czasem nabierają swych indywidualnych cech charakteru i nie są „Hanem Solo w nowej skórze” jak mogłoby się niektórym zdawać.

Czy Przebudzenie Mocy jest filmem idealnym? Oczywiście, że nie (ktoś umie takowy wskazać?). W fabule filmu zdarzają się skoki w bok, trochę rozbijające główny wątek. Często słychać też opinię, że fabuła Przebudzenia Mocy w wielu miejscach wykazuje zadziwiające podobieństwa z fabułą Nowej Nadziei. Rzeczywiście, gdyby tylko pozmieniać parę nazw własnych i kilka postaci to mielibyśmy do czynienia z prawie identycznym filmem. Odbijając ten argument, słusznie zwraca się uwagę na to, że powyższy problem dotyczy raczej estetyki ( np. wyglądu planet) i kilku wątków, ale jako całość Przebudzenie Mocy jest dziełem jak najbardziej odrębnym. No i pojawił się jeden „plot twist”, który wszystkich zszokował, ale nic więcej tu nie możemy napisać na ten temat (szczegóły w recenzji ze spoilerami).

Reasumując, mimo powyższych wad VII część jest jak najbardziej warta zobaczenia. Nad prequelami ma tę przewagę, że po jej zobaczeniu widz chce koniecznie zobaczyć co będzie dalej, jak będą kontynuowane kolejne wątki, jak będą się rozwijać główni bohaterowie i na jakie próby zostaną wystawieni. I po tym można poznać dobry film, że chce się go jeszcze więcej, niecierpliwie czekając na to co twórcy pokażą nam w Epizodzie numer VIII.