Wielcy przedwiecznie przebudzili się! I nagrali płytę. A zowie się ona Tekeli-li! Tytuł wymyślały chyba jakieś Shoggothy…

tekeli-li

Choć od śmierci H.P.Lovecrafta minęło już prawie 80 lat, jego twórczość nadal inspiruje rzeszę artystów. Ponadto nawiązania do mitologii Cthulhu są obecne w muzyce metalowej niemalże od początku jej istnienia. Dlatego nie powinno dziwić istnienie zespołu, który na swoją nazwę wybrał właśnie The Great Old Ones. (BIOGRAFIA)

A Cyclopean monument

Pierwszy kawałek na płycie, Je ne suis pas fou, jest swoistym, niespełna dwuminutowym intrem, mającym wprowadzić nas w klimat płyty. Bohater przekonuje nas, iż wcale nie jest szalony i faktycznie widział to co znajduje się w górach szaleństwa. Jednakże, gdy tylko skończy swój monolog podkolorowany mrocznym brzmieniem instrumentów smyczkowych, zostajemy zaatakowani powolnym riffem, przywodzącym na myśl pełznącego w naszą stronę Shoggotha. Śpiew wokalisty pozwala wątpić, czy aby na pewno nie jest on szalony. Ginie on jednak w ścianie dźwięku, a wyłapanie poszczególnych słów jest nie lada wyczynem. Potężna perkusja i wwiercającego się w mózg dźwięki przesterowanej gitary wzbogaconej o głębokie echo dodatkowo potęgują to wrażenie. Jednakże w prawie połowie utworu, z potężnego i ciężkiego kawałka, przechodzi on w rozmarzony post-black metal, znany chociażby z twórczości Alcest czy Blut Aus Nord, nie rezygnując jednak z blackowego skrzeku. Tak właśnie prezentuje się wpadający w ucho kawałek Antarctica.

tekeli-li

Następny numer rozpoczyna się od dźwięków pianina i świstów wiatru, aby następnie przenieść nas w opętany świat, pełen przesterowanych riffów. Najwidoczniej panowie utarli sobie kompozycyjny schemat, polegający na rozpoczęciu utworu od metalowego walca, powolny go rozpędzaniu, a następnie wyhamowania go i pokazania swojej bardziej melancholijnej strony. The Elder Things tworzy tak rozmarzony klimat, że pomimo, iż jest to zdecydowanie kawałek ciężkiej muzyki, daje on raczej ambientowe doświadczenia, sprawiając, że słuchacz gubi się w dźwiękach i zapomina, że słucha tak naprawdę metalu. Ciekawa sprawa.

A non-Euclidean structure

Kolejny utwór, The Awakening, oczywiście rozpoczyna się od walca. Następnie następuje czas na chwilę oddechu, a gitary tworzą przestrzeń, którą wypełnia francuskojęzyczna recytacja. Kawałek ten już w całości utrzymuje się w opanowanym prze francuzów post-black metalowym klimacie, zamykając swoją kompozycję dźwiękami chóru. Przerywa je The Ascend, przypominający mi nieco szwedzki Shining. Jednakże zrezygnowano tu ze śpiewu, a trzy ścieżki gitar robią wszystko aby wyrwać słuchaczowi mózg i przenieść go do cylindra. Jednakże po gradzie opętanych akordów, następuje chwila odprężenia z czystą gitarą i sekcją smyczkową. Klimat taki kończy zarówno piąty utwór na płycie, jak i rozpoczyna ostatni, szósty. Behind The Mountains trwa, aż 17 minut. Jest to utwór, zawierający w sobie wszystko, co już do tej pory usłyszeliśmy. Nie oznacza to bynajmniej, że jest nudno. Utwór nie wydaje się ani na chwilę zbyt długi, a jego zakończenie aż prosi o ciąg dalszy.

the-great-old-ones

The Great Old Ones, zawarli na Tekeli-li dźwięki, które chodzą za mną od dawna. Jednakże zanim sam zdołałem zarejestrować muzyczne ucieleśnienie szaleństwa, odnalazłem je niemalże w całości w muzyce francuzów. Tekeli-li to post-black metalowy album, na bardzo wysokim poziomie. Wokal jest niemalże niezrozumiały, jednakże to nie on gra tutaj pierwsze skrzypce. Album oparty jest na brzmieniu gitar, a więc na tym co lubię najbardziej. I mówię tu zarówno o potężnych walcach, ambientowych echach czy wiercącym dziurę w głowie solówkom. Przyczepić się można jedynie, do nieco identycznej kompozycji każdego z utworów, jednakże ten jeden minus, zostaje z nadmiarem zrekompensowany przez niesamowite melodie oraz klimat utworów. A to właśnie on jest najważniejszym czynnikiem, świadczącym o jakości muzyki The Great Old Ones.